niedziela, 16 listopada 2008

Ardabil - Iran

Jaki ladny kotek-powiedzalem sobie widzac jednego z dwoch kotkow siedzacych na parapecie Jamesa, u ktorego spalem w Stambule (ma na imie Szisz, a drugi ma na imie Kebab-fajne polaczenie:Szisz-Kebab?:)).I bach-nie zauwazylem, ze mam przed soba okno. Na szczescie nic powaznego sie nie stalo z moja glowa, ale tez nie wiedzialem, ze jest tak mocna skoro potrafi wybic szybe.Nie wiem czy to na szczescie, czy tez nie-dobrze, ze to nie bylo lustro:)
Droga do granicy zajela prawie 24godziny. Kierowcy jak to w Turcji-zatrzymywali sie na czeste postoje (przynajmniej z poczatku), na ktorych bylo obowiazkowe mycie pojazdu (jak oni to kochaja)-jesli chodzi o pasazerow w autobusie: wiekszosc to mezczyzni. Wszyscy jada do Iranu. Obok mnie siedzial Jasir, ktory zmierza do Ardabil. Juz po krotkiej rozmowie z nim doszedlem do wniosku, ze najlepiej bedzie jak naucze sie cos z tych szlaczkow, ktorymi oni sie posluguja.Najpierw trzeba zaczac od cyfr,bo znajomosc ich ulatwia znalezienie swego miejsca (o to z poczatku musialem sie klocic z Jasirem) np. w autobusie. Co jeszcze moze byc problemem? Baaardzo slaba znajomosc jezyka angielskiego. Jasir znal tylko pare slow, ale doslownie po paru minutach rozmowy dostalem zaproszenie do jego domu. Skorzystac? Jechalem do Iranu, by poznac ten kraj-a lepszej mozliwosci niz przebywanie z ludzmi nie moglem miec :) Wiec powiedzialem mu, ze sie zastanowie.
Na granicy kazdy musial wysiasc i przejsc przez kontrole celna-mnie akurat przepuszczono bez sprawdzania-ale innych bardzo dokladnie sprawdzali-no i zlapali pare osob, a w szczegolnosci naszych kierowcow na przemycie alkoholu. Autobus zjechal, my czekalismy kolo 4 godz i wrocil juz z innym kierowca. Juz po stronie iranskiej wspoltowarzysze podrozy z autobusu w koncu zaczeli ze mna rozmawiac-przynajmniej probowali: a to jeden wracal bo chcial przedostac sie do Grecji, a drugi opowiadal, jak to jest ciezko, jak ojciec ma kilka corek i musi wydac je za maz-wydatek 5-6tys dolarow posagu...
Ominalem Tabriz, by przybyc do Jasira, do Ardabil. Do tego miasta dojechalismy taxi. Podczas jazdy zatrzymala nas policja; kierowca cos tam zaczal sie klocic i wsiadl do taxi, ale policjant ruszyl za nim. Ten niczego sobie z predkoscia 180km/h uciekl parolowi, ktory starym Paycanem (najbardziej popularne auto w Iranie) nie dal jemu rady. Acha ruch w Iranie-ciezkie zycie maja piesi i kierowcy: na ulicy jest jedna wielka walka miedzy nimi. Takiego chaosu nie widzialem chyba nigdzie indziej.Poza tym w nocy jest dosyc zimno-temperatura spada ponizej 0 stopni.
Zona Jasira przyjela nas cieplo. Nastepnego dnia zaliczylismy gorace zrodla-jaka ulga po tej podrozy autobusem (jadac tam zatrzymal nas patrol policji machajac zwyczajnie reka-jakby ktos chcial zatrzymac taxi lub stopa-Jasir nie mial zapietych pasow-bardzo uczuleni sa na to-mandat 4dolary),zapoznalem sie z pierwszym miastem iranskim na mej drodze:byli jego znajomi (czemu nikt nie mowil po angielsku?), fajka wodna, meczety; dopadla mnie zemsta faraona, wiec zapowiadaly sie trudne dni :) Mialem zostac jeszcze jedna noc, ale w ostatniej chwili zadzwonil jakis wujek Jasira, ze musi przyjechac do niego z zona na 3dni. Szybka decyzja-jade do Rasht. Wykonuje telefon do znajomego z HC z Rasht-jest potwierdzenie; moge przyjezdzac na jedna noc.